Single BOB – od życiowej pasji do podróży w czasie…

Motocykl, który postanowiłem przywrócić do życia to Suzuki GN 250 rocznik 1991.
W październiku ubiegłego roku odkupiłem go ze szkoły nauki jazdy. Był w opłakanym stanie: poobijany zewnętrznie, z uszkodzonymi zegarami, potłuczoną obudową lampy i kompletnie rozstrojoną przekładnią, a wgnieceń, zadrapań i głębokich ognisk korozji nie sposób nawet zliczyć. Ot, wysłużona, zajechana maszyna, nadająca się praktycznie na złom. Jednak było w nim coś co chwytało za motocyklowe serce… w końcu GN to prawdziwa legenda.

Z jednej strony radość – mam swój własny, oryginalny motocykl, z drugiej refleksja nad niebagatelnymi nakładami finansowymi niezbędnymi do reanimacji „Gienka”.  Analizując realia, doszedłem do wniosku, że moja pasja ewoluowała do stopnia, pozwalającego zmierzyć się z wyzwaniem. Postanowiłem, że motocykl będzie odzwierciedleniem mojego prywatnego stylu. W takich okolicznościach zapadła decyzja, że GN posłuży jako baza do realizacji autorskiego projektu. Rozpoczęła się najwspanialsza przygoda mojego życia.

GN został rozebrany na części pierwsze. Po starannej selekcji elementy nadające się do odbudowy, zostały poddane pracom przygotowawczym. Na pierwszy ogień poszły koła, przednie zaadoptowałem z Jawy, konwertując obręcz z „18” na „16”, tylne pozostawiłem w oryginalnym wymiarowaniu. Obręcze i piasty wypiaskowałem, a następnie pomalowałem proszkowo na kolor krwistej czerwieni. Kiedy każdy element został zaakceptowany, wymieniłem wszystkie łożyska i tak przygotowane obręcze zostały zaplecione na stalowych, polerowanych szprychach. Gotowe koła zostały obute w laczki Classic Series 270 White Wall o rozmiarze 130/90R16. Pozwoliło to zaakcentować oldschoolowy charakter motocykla.

Następny etap to prace związane z renowacją oraz przebudową ramy. Największy zakres modyfikacji dotyczył tylnej części konstrukcji. Rama została skrócona i pospawana na nowo. Wszystkie elementy niezgodne z nowym projektem zostały usunięte, otwarte profile pozamykane i poddane profesjonalnej obróbce szlifierskiej. Oczywiście piaskowanie, konserwacja specjalnym podkładem antykorozyjnym, na koniec dwuwarstwowe lakierowanie w odcieniu czarnego matu.

Kolejno przyszedł czas na silnik, który niedomagał już w chwili zakupu.  Szczęśliwie okazało się, że problemy z przekładnią definitywnie rozwiązała wymiana sprzęgła.  Natomiast główna przyczyna nieprawidłowości silnikowych ujawniła się podczas renowacji gaźnika. Karburator zostały poddany kąpieli w ultradźwiękach i poskładany z wykorzystaniem nowego zestawu naprawczego. Po krótkim i nieskomplikowanym zabiegu serce „Gienka” zaczęło bić na nowo.

Sporo energii pochłonęły prace związane z przygotowaniem powierzchni i samym procesem lakierowania. Motocykl został pokryty czarnym matem VHT Wrikle Puls, dodatkowo malowane powierzchnie zostały poddane obróbce cieplnej – pozwoliło to uzyskać strukturę lakieru znaną z pojazdów marki HD. Żeberka cylindra wyszlifowałem i wypolerowałem,  zmodyfikowałem też kolektor wydechowy całość owijając bandażem termicznym Cool IT Thermotec.  Zastosowałem technikę splotu przeciwstawną do tradycyjnej. Pozwoliło to uniknąć osadzania się drogowych zabrudzeń na krawędziach oplotu. Całość zwieńczył klasyczny tłumik  Old School Trumpet Muffler, który generuje przepiękny, głęboki klang. Równolegle z pracami malarskimi zająłem się polerowaniem pokryw silnika.

Sporo energii pochłonęły prace związane z przygotowaniem powierzchni i samym procesem lakierowania. Motocykl został pokryty czarnym matem VHT Wrikle Puls, dodatkowo malowane powierzchnie zostały poddane obróbce cieplnej – pozwoliło to uzyskać strukturę lakieru znaną z pojazdów marki HD. Żeberka cylindra wyszlifowałem i wypolerowałem,  zmodyfikowałem też kolektor wydechowy całość owijając bandażem termicznym Cool IT Thermotec.  Zastosowałem technikę splotu przeciwstawną do tradycyjnej. Pozwoliło to uniknąć osadzania się drogowych zabrudzeń na krawędziach oplotu. Całość zwieńczył klasyczny tłumik  Old School Trumpet Muffler, który generuje przepiękny, głęboki klang. Równolegle z pracami malarskimi zająłem się polerowaniem pokryw silnika.

W lutym br. zdecydowałem się poskładać wszystko w całość. Wymieniłem łożyska, główki, ramy, uszczelniłem przednie zawieszenie, równocześnie obniżając je o 30mm. Zdecydowanie poprawiło to linię motocykla. Powolutku materializował się duch minionej epoki… Oryginalną kierownicę zastąpiła typowa „fajera” w klimacie cafe racer – oczywiście w czarnym macie. Oryginalne przełączniki Suzuki nijak nie pasowały do mojego nowego projektu, stąd osprzęt elektryczny zafundowałem sobie z kolekcji Light Speed Team.

Troszeczkę nakombinowałem się też przy doborze odpowiedniego designu klamek. Długi czas nie mogłem znaleźć niczego satysfakcjonującego, nawiązującego do klimatów brytyjskich. Wreszcie trafiłem na przepiękne, klasyczne „brytole” Doherty, do których można było podpiąć zrobione na zamówienie linki. Dopełnieniem okazały się ręcznie przeszywane, czerwone manetki i lusterka typowe dla „cafików”.

Wszystkie wskaźniki i kontrolki, znajdujące się dotąd na kierownicy, zmieniły swoją lokalizację. Na dzień dobry do kosza trafił obrotomierz . Stacyjka znalazła swoje miejsce pod akumulatorem. Kontrolki kierunkowskazów zostały idealnie wkomponowane w miejsce starych zegarów jako malutkie, czarne lampki. Światełko, sygnalizujące pozycję biegu jałowego, zamontowałem w przedniej lampie tuż nad prędkościomierzem. Chciałbym tu zaznaczyć, że z przedniej lampy jestem wyjątkowo dumny. Przede wszystkim wyjątkowego klimatu nadaje prędkościomierz wmontowany w obudowę. Również sprowadzona specjalnie z Francji oprawa żarówki powoduje, że reflektor emituje przepiękne, żółte światło. Całość zamysłu stylistycznego zamyka efektowny, łobuzerski daszek.

Przymierzając się do lakierowania zbiornika oraz bocznych pokryw, zdecydowałem, że właściwym kolorem będzie „biel w stylu vintage”, a dokładniej w lekko przygaszonym, ciepłym odcieniu. Na bak trafiła moja autorska grafika wykonana – i dopracowana – przez lokalnych specjalistów. Praktycznie wszystko było gotowe, ale… postanowiłem jeszcze pogrzebać w „bebechach” mojego pupila w celu poprawy osiągów i dopracowania podstawowych nastawów.  Troszeczkę matematyki, przeliczeń i zdecydowałem się zmienić przełożenia na kołach zębatych – jak się okazało w efekcie Single Bob nabrał wigoru i nowych sił.

Z każdym dniem codziennej eksploatacji dochodzę do wniosku, że stworzyłem bardzo funkcjonalny kompromis „pomiędzy nowymi a starymi czasy”. Każda wycieczka to swoista podróż w czasie, podczas której życie choćby na kilka chwil staje w miejscu. Bardzo trafnie ujął to fotograf  (autor załączonej sesji) Maciej Służenko, również motocyklista.

„Miałem przyjemność poczuć wiatr we włosach na tym motocyklu. To tak jakby cofnąć się kilkadziesiąt lat wstecz. Czas zaczyna płynąć w zupełnie innym kierunku… „

 Praca nad motocyklem to okres od listopada ubiegłego roku do lipca 2014, kiedy to po raz pierwszy wyjechałem na ulice.  W tym miejscu chciałbym złożyć serdeczne podziękowania dla Pana Andrzeja Jurek za nieocenioną pomoc i wsparcie – zarówno w kontekście finansowym jak i warsztatowym. Przede wszystkim wdzięczny jestem za ogromną życzliwość i zrozumienie dla moich marzeń. Nisko kłaniam się wszystkim pozostałym osobom, które również okazały mi bezinteresowną pomoc i wsparcie. Dziękuję!

Hubert Gracjan

Udostępnij