Machines Clinic

Niewielki warsztat, potężne ambicje i odważne, dalekosiężne plany – to najbardziej trafiona prezentacja Włodasa, Kołasa i Kamili… Chłopaki odzyskują z bezkształtów przeszłości to, co bezceremonialnie ukradł czas, natomiast domeną Kamili jest ciepło, barwa i emocje – jednym słowem artystyczny makijaż motocykla.

Działają wspólnie już dwa lata. Bilans fuzji jest nader imponujący: osiem perfekcyjnie odrestaurowanych weteranów i pierwsza pozycja autorska w menu Machines Clinic – prezentowany poniżej Bobber. Ten motocykl ma dla chłopaków szczególne znaczenie, albowiem docelowo zamierzają zająć się kompleksową budową motocykli, nie zaniedbując rekonstrukcji zabytków, rzecz jasna.

Na początku był Junak, a właściwie wariacja na temat szczecińskiego klasyka. Kiczowata wydumka oszpecona mnóstwem przypadkowych detali adoptowanych z przydomowego składu żelastwa. Nawet dobrze nie pamiętają jak do nich trafił, najprawdopodobniej w efekcie „mocno zagmatwanego” rozliczenia. W warsztacie roboty zawsze jest sporo, czasu na koncepcje twórcze zdecydowanie mniej więc zarodek naszego bobbera cierpliwie oczekiwał pod plandeką na swoją kolej.

Podczas prac projektowych prymat przyznano oszczędności środków i… postawiono na spontan oraz improwizację. Zgodnie z linią programową żadnych chromów, polerek, czy designerskich fajerwerków. Wszystko co w „normalnym” motocyklu lśni i błyszczy zostało galwanicznie pokryte miedzią. Zasada to dotyczy w tym samym stopniu karoserii co tryśniętego czarnym matem silnika.

Motocykl miał być utrzymany w archaicznych klimatach a konstrukcyjnie nawiązywać do jednośladów z początków ubiegłego stulecia. Na pierwszy strzał poszła renowacja i odbudowa ramy, równocześnie o siedem centymetrów został wydłużony wahacz.  Zmiana konstrukcyjna pozwoliła obniżyć cały motocykl, zwłaszcza punkt zawieszenia siedziska. Przednie zawieszenie zostało zaadoptowane z MZ ETZ-250. Widelec współpracuje z kołem złożonym również z przeszczepów. Felga to organ pobrany z wiekowej Jawy, natomiast piasta z półbębnem to wspomnienie po WFM.  W tylnym kole jedynie bęben pochodzi z oryginału – dawcą felgi była Syrena. Właściwie cały motocykl to kolaż „przypadków”. Jako tylny błotnik wykorzystano odpowiednio stylizowany, przedni błotochalp z wiekowego „Ciapka”. Aby było ciekawiej osobliwą konstrukcję ozdobiono lampką zapożyczoną ze starego roweru.  Przednia lampa dla odmiany pochodzi w urokliwej Wierchowiny. Wyjątkowo zgrabny zbiornik to właściwie „bak-anonomim”. Jedno jest pewne, ponieważ posiadał mocowania do zespołu zmiany biegów musi pochodzić z okresu międzywojennego – najprawdopodobniej to jakaś niemiecka setka. Jakkolwiek oceniać intencje autorów, zamiłowanie do archaizmów widać tutaj na każdym kroku, ale to właśnie stanowi o bezdyskusyjnym uroku motocykla.

Ze strony designerskiej najbardziej czytelnym elementem korespondującym z minioną epoką jest obszerna kierownica autorstwa MC. Wolant został wyprofilowany własnoręcznie przez chłopaków z rurki o średnicy 22mm i grubości ścianki 3mm. Prototypowa kierownica wykonana z materiału o bardziej delikatnych parametrach złamała się przy pierwszej glebie, bywa. W końcu najbardziej odważne zapędy twórcze najskuteczniej weryfikuje samo życie. Kolejny kwiatek to dźwignia zmiany biegów zawieszona na prawym boku zbiornika. Właściwie nie tyle lewar ile cała konstrukcja umożliwiająca zapinanie przełożeń wprawia w podziw. Cięgła wykonane ze stalowych drążków współpracują cicho i precyzyjnie dzięki zaledwie dwóm tulejom wpuszczonym w konstrukcję ramy. Świetne potwierdzenie teorii, że najprostsze rozwiązania zawsze sprawdzają się najlepiej.

Ciekawym elementem nawiązującym również do starych, dobrych czasów są drewniane komponenty stylistyczne. Mnie najbardziej podobają się szklanki przedniego zawieszenia, ale sądzę, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Z popularnej i niedrogiej czereśni „wyrzeźbiono” manetki, siedzenie, podnóżki oraz klapkę elektryki umieszczoną na bloku silnika. Pozornie nic wielkiego, ale właśnie przemyślane zestawienie drewna, miedzi, głębi lakieru i… kilku zielonych akcentów umieszczonych w odpowiednim miejscu czynią ten motocykl naprawdę wyjątkowym. Bez blichtru, bez szpanu, bez pucharów z wystaw jeździ i zwyczajnie zachwyca… czy można wymagać czegokolwiek więcej od prawdziwego customa?

Na zakończenie kilka słów o malowaniu – tutaj niski ukłon w stronę Kamili. Cały motocykl utrzymany jest w klimatach zieleni. Od soczystej barwy wiosennych liści, poprzez promyki seledynu do głębokiej, prawie czarnej barwy nocnego ogrodu. Tak ogrodu, bowiem wiodącym elementem perfekcyjnie dobranego aerografu są liście bluszczu. Stary, zabytkowy motocykl pokryty nostalgicznym powojem nabiera dodatkowego uroku… Bomba.

Koła pomalowane zostały czarnym matem, szprychy w żywym odcieniu świeżej zieleni. Na wszystko położono pięć warstw lakieru. Malowanie wykonano na podkładzie epoksydowym.

Projekt i wykonanie: Machines Clinic.

Udostępnij