Johnny be good?

Cztery lata temu w segmencie tanich jednośladów pojawił się motocykl, który  wzbudził zaskakująco wiele kontrowersji. Podzielił jednośladową społeczność – mniej więcej symetrycznie – na  zauroczonych entuzjastów oraz zakrzykniętych (czyt. oburzonych) przeciwników. Motocykl piękny. Dopracowany w każdym szczególe, mało tego, przełamujący wszelkie dotychczasowe standardy przypisane pojazdom tej kategorii. Design, trakcja, jakość wykonania, ekonomia – bezdyskusyjnie prima sort. Skąd więc taki zamęt? Już wyjaśniam, wszystko sprowadzało  się do wykorzystania logotypu, wyjątkowo mocno zakotwiczonego w sercach polskich motocyklistów, mowa oczywiście o Junaku M16. Minęło kilkanaście miesięcy, emocje pokryła platyna zobojętnienia, natomiast motocykl ulokował się w rankingu tanich jednośladów na topowej pozycji

Z początkiem tego roku objawiła się bliźniacza wersja wspomnianego wyżej jednośladu, tym razem pod  marką Johnny Pag. Obydwa motocykle są praktycznie identyczne, a różnice dotyczą mało istotnych niuansów kosmetycznych.  Skąd więc pomysł na wprowadzenie do obiegu handlowego duplikatu M16-tki? Czy jest w tym jakaś głębsza idea? Podobno tak…Od tego roku Arkus & Romet Group został oficjalnym i wyłącznym dystrybutorem pojazdów marki Johnny Pag Motor Company.

W pierwszych dniach czerwca na redakcyjnym parkingu „rozpakował się” nowiutki egzemplarz testowy tego motocykla. Zanim przedstawimy relację z jazd próbnych zerknijmy w dossier „amerykańskiego producenta”.

Johnny Pag – założyciel firmy urodził się w Bostonie. Jako młody chłopak wyjechał z rodzicami do słonecznej Kalifornii – miejsca wprost wymarzonego do jazdy motocyklem. W  wieku czternastu lat zaliczył swoją pierwszą motocyklową przejażdżkę… oczywiście Harleyem.   Od tego momentu motocykle stają się nieodłącznym elementem jego życiorysu. W 1995 Johnny roku trafia do legendarnej kuźni talentów – Orange County.  Zdobywa doświadczenie i pewność siebie. W efekcie charakterystycznych dla OCC turbulencji, decyduje się działać pod własnym szyldem. Konstruując biznesplan, stawia na efektowne,  tanie jednoślady budowane pod ścisłym nadzorem technologicznym w… Chinach. Na dzień dzisiejszy Johnny Pag Motor Company może pochwalić się przedstawicielstwami w piętnastu krajach, od tego roku również w Polsce. Trudno mi autorytatywnie stwierdzić, ile w tym motocyklu jest amerykańskiej myśli technicznej, a ile zwyczajnej przedsiębiorczości i skutecznego marketingu. Nie mniej, jeżeli wierzyć  materiałom źródłowym, design motocykla i strona konstrukcyjna są autorskimi projektami Johnny Pag Motor Company.

Przystępujemy w takim razie do wstępnych oględzin maszyny.
To naprawdę atrakcyjny motocykl, pod powyższą opinią podpisują się zarówno dyletanci jak i motocykliści  z imponującym stażem. Osobiście również jestem zdania, że Malibu „umie się” podobać. Pomimo drobnych niedociągnięć w wykończeniu detali, trzeba przyznać, że projektanci włożyli w swoją pracę odpowiedni ładunek serca i… wiedzy. Poziom estetyki nie odbiega od standardów, do których przyzwyczaił nas Romet. Mówiąc wprost, nie powala na kolana, ale w stu procentach spełnia wymogi stawiane motocyklom z tego obszaru cenowego. 

Do testów otrzymaliśmy model połyskujący głęboką czernią symetrycznie rozciętą dwoma pasami bieli. W podobnie kontrastowym odcieniu wykonano boczne logotypy motocykla. Silnik czarny, szkoda tylko, że osłona chłodnicy nie została podporządkowana kolorystyce karoserii. Chrom w tym przypadku bardziej szpeci niż zdobi… Jak dla mnie idealnym dopełnieniem designu byłyby opony z klasycznym białym fartuchem, no ale…

Tylne oświetlenie wykonane w technice Led zostało zespolone z uchwytem do mocowania tablicy rejestracyjnej. Kierunkowskazy wyposażono w klasyczne żarówki, ale zarówno światła pozycyjne, jak i kierunki, doskonale sprawdzają się w każdych warunkach pogodowych. Niewielki przedni reflektor świeci… i chyba nic więcej dobrego nie można o nim powiedzieć. Tuż obok umiejscowiono trzy puszki. Prędkościomierz wraz z kontrolką wtrysków, kierunkowskazów, świateł mijania i biegu neutralnego. W kolejnych wyświetlacz biegów oraz wskaźnik poziomu paliwa. Wyświetlacz biegów niestety jest średniej jakości. Przy mocnym nasłonecznieniu odczyty są ledwie widoczne. Zegar paliwowy pełni funkcję zdecydowanie bardziej dekoracyjną niż użytkową. Podczas jazdy, przy niepełnym baku, wskazówka wykorzystuje pełną amplitudę wychyleń, skacząc bez sensu pomiędzy skrajnymi wskazaniami.  W miarę wiarygodne informacje o zapasie paliwa dostępne są wyłącznie podczas postoju.

Jak wspomniałem na wstępie, różnice pomiędzy Malibu a Junakiem M16 sprowadzają się do kosmetyki. Parametry felg i ogumienia są identyczne. Malibu postawiono na obręczach z efektownym splotem szprych, co zdecydowanie bardziej pasuje do charakteru motocykla.  Obydwa wydechy poprowadzono z prawej strony. Są długie, smukłe i jak na tak niewielką pojemność cieszą ucho naprawdę głębokim basem.
Ostatni element, który rozróżnia te dwa motocykle to krój siodła. O ile M16 przewiduje chociaż imitację siedziska pasażera, o tyle Johnny Pag to pojazd dedykowany wyłącznie solistom. Potwierdza to również brak podnóżków pasażera – pozostały jedynie miejsca, w których opcjonalnie można je zamontować, tylko po co?

Wstępna przymiarka,

czyli czas zająć pozycję za kierownicą. Pierwszy kontakt doopska z siodłem nie nastraja optymistycznie. Płaskie, twarde, w dodatku sprawia wrażenie zbyt szerokiego w przedniej części. Szczęśliwie wszelkie obawy pryskają niczym poranna mgiełka po przejechaniu pierwszych kilometrów. Zadek nie szklanka, a siedzenie w praktyce sprawdza się całkiem przyzwoicie.

Zdecydowanie większy problem stanowi pozycja, jaką na kierowcy wymusza konstrukcja motocykla. Mocno wysunięte do przodu nogi i szeroka, prosta kierownica sprawiają, że dłuższa jazda solidnie obciąża nasz kręgosłup. Powiem wprost – jakimkolwiek jesteś twardzielem, na pewno nie jest to motocykl, na którym zechcesz pokonywać długie dystanse. Ale w końcu Malibu to nie turystyk – to typowy lanser… i tego się trzymajmy.

 Kluczyk w stacyjce, zapłon włączony i… doopa. Cisza. Nawet nie słychać wtryskiwaczy. Chwilka na zastanowienie i już jestem w domu. Boczna podpórka – patent doskonale znany wszystkim użytkownikom chińskich sprzętów. Nie złożysz, nie odpalisz. Tak naprawdę to jedyna niedogodność związana z zespołem napędowym. Silnik wyposażony w precyzyjny układ wtryskowy pali bezproblemowo, bez względu na temperaturę otoczenia i po kilku sekundach pracuje na unormowanych obrotach. Luksus w porównaniu z typowym gaźnikowcem, chociaż w podświadomości błąka się tęsknota za arytmią klasyka.
Pobudzona do życia niewielka 320-tka cieszy ucho miarowym, głębokim bulgotem –  to kolejny plus w porównaniu ze zbyt cichym Junakiem M16. Na wolnych obrotach aż trudno uwierzyć, że to tak mała pojemność. Niestety, magia basu traci swą moc proporcjonalnie do wzrostu obrotów. W czasie jady dźwięk wydobywający się z kominów jest donośny, głęboki i wciąż przyjemny, a co równie ważne – nie irytujący.

Klamka sprzęgła pozbawiona regulacji, działa lekko i płynnie a rozsprzęglenie układu nie wymaga siły. Skrzynia biegów to dłuższy temat. Przede wszystkim zaskoczyła mnie niespotykaną precyzją i kulturą pracy. Jedynie podczas zapinania pierwszego biegu wyczuwamy ( i słyszymy) charakterystyczny, delikatny klik. Reszta wchodzi niemalże bezgłośnie. Rewelacja. Muszę w tym miejscu ostudzić zachwyt – precyzja działania skrzyni uwarunkowana jest perfekcyjnym napięciem łańcucha. Automatycznie ze zmianą naciągu (rozciągnięcie) pojawiają się problemy z redukcją biegów. Ta przypadłość – kłopoty z dostosowaniem właściwego naciągu łańcucha – to najsłabszy punkt w obu omawianych jednostkach.

Go, go Johnny, go go go

silnik rozgrzany, motocykl rozpoznany – w drogę!
Deklarowane w karcie pojazdu 22-kuce żwawo biorą się do roboty. Rozkręcenie „Jaśka” do rozsądnej przelotowej zajmuje dosłownie moment. Ten motocykl całkiem zgrabnie się zbiera – również spod świateł. Skok biegów jest króciutki, na szczęście bardzo  elastyczny silniczek doskonale odnajduje się w realiach. W ruchu miejskim możemy na piątym biegu swobodnie kulać w okolicach 50km/h. Motocykl przyspiesza na tyle dobrze, aby kierowca czuł się komfortowo podczas przelotów w zakresie 110km/h. Powyżej tej granicy musimy brać sporą poprawkę na odległość, z jaką związany jest manewr wyprzedzania.
Górna granica prędkości do jakiej możemy rozpędzić Malibu to okolice 130-140km/h. Muszę tu jednak uczulić amatorów mocnych wrażeń, że ten silnik nie przepada za górnym zakresem obrotów i jazda z szybkościami granicznymi ma niewiele wspólnego z przyjemnością. Natomiast zdecydowanie polecam spacery w okolicach 90-110km/h – wtedy można naprawdę polubić ten motocykl.
Sądzę, że kilka słów musimy poświęcić również trakcji. Ten motocykl (dokładnie tak samo jak M16) to pojazd zaprojektowany na idealne, gładkie nawierzchnie. Doskonale znane z Junaka rozwiązanie ‘”sztywnego tyłu” sprawia, że jazda po drogach drugiej kategorii jest równie przyjemna jak ból zęba. Na wyboistych odcinkach łańcuch niemiłosiernie tłucze o osłonę,  „sztywny tył” żyje swoim życiem a zbyt miękkie przednie zawieszenie mocno nurkuje. Zawsze dobrze się zastanówcie, planując dłuższą trasę – ten motocykl został stworzony po to by cieszyć, ale aby naprawdę czerpać radość z jazdy, trzeba dobrze zapoznać się z „instrukcją obsługi’.
Układ hamulcowy sprawny, efektywny i w pełni spełniający wymogi bezpieczeństwa. Dwie solidne tarcze z przodu i jedną z tyłu wyposażono w solidne zaciski dwutłoczkowe. Siła hamowania pozwala skutecznie zatrzymać motocykl w przypadku sytuacji awaryjnej. Również fabryczne ogumienie – oczywiście chińskie – sprawdza się zaskakująco dobrze. Na podstawie przeprowadzonych jazd testowych, nie mam najmniejszych zastrzeżeń do przyczepności. Zero tendencji do uślizgów, również bardzo dobry kontakt z nawierzchnią podczas pokonywania nawet bardzo ostrych zakrętów. Zaskoczyło mnie także bardzo stabilne zachowanie motocykla podczas prób hamowania awaryjnego.

W trakcie okresu próbnego oczywiście nie obyło się bez drobnych incydentów. W czasie jazdy odkręciły się śrubki mocujące tylna lampę, kilka innych poluzowało się, sygnalizując delikatnym świerszczem ochotę na opuszczenie konstrukcji. Rzecz jasna nie umniejsza to zalet motocykla, stanowi natomiast o bylejakości przeglądu zerowego – panowie mechanicy, tego typu problemy rozwiązuje najzwyklejsza podkładka sprężynowa!!!

Na zakończenie kilka słów o walorach użytkowych. W moim subiektywnym postrzeganiu jednorazowy dystans, gwarantujący komfort i przyjemność zamyka się limitem 100-kilometrów. Po takim dystansie kręgosłup wręcz brutalnie domaga się respektowania swoich praw. Warto też wspomnieć o wyjątkowo delikatnych wibracjach generowanych przez silnik. W porównaniu z Hyosungiem GV650 (którego również testowałem) odczuwalne są niczym zmysłowy masaż. Motocykl wzbudza spore zainteresowanie i spotyka się z dużą sympatią przypadkowych obserwatorów. Niewątpliwie dużo więcej sympatyków zjednuje mu mniej kontrowersyjny logotyp.

Tak naprawdę trudno powiedzieć cokolwiek wiążącego na temat pochodzenia tego motocykla. Na tabliczce znamionowej próżno szukać dowodów na jego chiński rodowód. Jedynym akcentem pozwalającym kojarzyć Malibu z Krajem Kwitnącego Agrestu są opony z charakterystycznymi krzaczkami… ale w końcu, kto zabroni jankesowi spacerować w „japonkach”?

Skądkolwiek do nas trafił i w jakimkolwiek celu się pojawił, niewątpliwie znajdzie spore grono zwolenników i sympatyków. Uwzględniając obietnicę Rometa dotyczącą doposażenia pojazdów bogatą ofertą dodatków akcesoryjnych pozwalających na swobodą personalizację modelu, Junak napotkał godnego przeciwnika…

Podsumowując test z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić – Johnny is good!

Johnny PagMalibu

  • koła splot szprych
  • siedzenie jednoosobowe
  • wydechy poprowadzone z prawej strony motocykla
  • wskaźnik zapiętego biegu
  • tylne światło LED
  • cena: 11.999zł

Junak M16

  • koła aluminiowe, odlewane
  • siedzenie z opcją dla pasażera
  • wydechy poprowadzone z dwóch stron motocykla
  • tylne światło klasyczne

cena: 12.899zł

Udostępnij