Der Teufel

GPz 750 A1, 1983
Jest rzeczą dziwną i znamienną, że o motocyklizmie wie się wszystko już około pięć minut po tym, gdy się samemu weszło w to środowisko. Świat jest sympatycznie prosty i uporządkowany.
Dopiero z czasem zaczyna do Ciebie docierać świadomość, że to jednak zupełnie nie tak. Świat nie jest już płaski i prosty, okazuje się być wielowymiarowy. Przy czym ta mnogość wymiarów powoduje, że rozumiesz z tego coraz mniej, mimo iż Twoje horyzonty się poszerzają. Tak naprawdę jest to bardzo pozytywne zjawisko, bo stajesz się coraz bardziej otwarty. A że przy tym Twoje wcześniejsze „uporządkowane plany motocyklowe” biorą w łeb… Who cares…

Wiele lat temu, gdy wydawało mi się, że mój świat jest już uporządkowany, przeglądając niemiecki portal z używanymi pojazdami, natknąłem się na pewne ogłoszenie. W sumie nic specjalnego. Stary japoński sport. Niekompletny grat za jakieś śmieszne pieniądze. A najgorsze jest to, że ja, miłośnik brytyjskiej klasyki, czuję, że go chcę. Bardzo.
Telefon do właściciela. Umawiamy się. W weekend jestem na miejscu. Oględziny są krótkie, bo i nie za bardzo jest co oglądać. Motocykl wybebeszony do naprawy. Gaźniki, elektryka. Sprzedający o jednych problemach mówi, inne taktycznie przemilcza. Normalka. Niemiec płakał jak sprzedawał. Ze szczęścia.
Podpisujemy umowę, dwanaście skrzynek z częściami ląduje w bagażniku samochodu. Resztę, która się nie zmieściła, biorę na plecy i niosę do domu. Normalka. Jak za dawnych lat.
W ten oto sposób stałem się posiadaczem Kawasaki GPz 750 A1 z 1983 roku. Maszyny, którą niemieccy motocykliści starszej daty zwą pieszczotliwie „der Teufel” (diabeł). A ja oczywiście, w swej naiwności, uważałem że to przezwisko wzięło od kwadratowej owiewki, przypominającej nieco rogatą mordkę. Po drodze łapie mnie deszcz. Chronię się przed nim pod wiatą przystanku. Mam teraz okazję przyjrzeć się dokładniej swojemu „nowemu staremu” nabytkowi. Ogromne koła obute w nienaturalnie cienkie oponki. Charakterystyczny kształt pokrywy sprzęgła. Żebrowana miska olejowa ze specyficznym filtrem oleju. Ja to wszystko już gdzieś widziałem.
Deszcz pada, „diabeł” stoi niewzruszony pod wiatą, jego rogata mordka ma taki wyraz, jakby się ze mnie nabijał.
„-Myśl, myśl intensywnie. Jesteś na dobrym tropie”.

Pierwszy „Mad Max”! Film, który oglądałem za dzieciaka z wypiekami na twarzy. Ford Falcon oraz motocykle. KZ1000, którymi poruszali się po australijskim interiorze Jim Goose oraz Toecutter, Bubba Zanetti i inni członkowie psychodelicznego gangu znanego jako „The Acolytes”. Goście o których powiedzieć, że byli źli to jakby nic nie powiedzieć. Oni byli złem. Czystym, krystalicznym, przy których gangi motocyklowe z dzisiejszych produkcji filmowych wyglądają jak banda podwórkowych melepetów poprzebieranych za stałych bywalców baru „Niebieska Ostryga”.
GPz 750 tej generacji jest w prostej linii technicznie potomkiem dawnej serii KZ.
W miarę jak „diabeł” pochłaniał fundusze, w wyniku czego wracał powoli do stanu używalności oraz oryginalności, docierać do mnie zaczęło, ze to przezwisko nie wzięło się tylko od jego wyglądu.
Silnik uruchamia się oraz pracuje w systemie „zerojedynkowym”. Ssania nie da się dozować, można je tylko włączyć albo wyłączyć i trzeba wiedzieć dokładnie, w którym momencie to zrobić. Błąd w którąkolwiek stronę skutkuje zalaniem świec. 88 KM może i nie robi dziś wielkiego wrażenia. Jednak nieco inaczej jest, gdy zasiądzie się za sterami GPz. Do 4500 RPM nie dzieje się nic. No prawie nic. Silnik jest ospały, nie ma ciągu ale za to ma tendencję do gaśnięcia przy nagłych zmianach obciążenia, co zresztą często na początku mi się zdarzało, jako osobie przyzwyczajonej do innej charakterystyki pracy jednostek napędowych. Sprawy mają się jednak zupełnie inaczej, gdy wskazówka obrotomierza minie „magiczną” liczbę 5000 na obrotomierzu. Wówczas budzi się szatańska kawaleria a maszyna z charakterystycznym, zachrypniętym rykiem rwie do przodu jak oszalała – i tak jest już do końca skali, przy czym aż do 9500 RPM wściekłości przybywa. Cienka opona tylna często nie daje rady przenieść tego impetu na asfalt i ślizga się bezradnie. Taki urok. Zawieszenie z jednej strony jest twarde jak deska, z drugiej jednak nie nadąża za mocą silnika i już powyżej 170-180 km/h naprawdę zaczyna być ciężko trafić motocyklem w jezdnię. Jeśli chodzi o hamulce, to trzy wentylowane tarcze hamulcowe naprawdę robią wrażenie. Tylko wrażenie, bowiem wąziutkie oponki nie są znów w stanie przenieść siły hamowania na asfalt i każde gwałtowniejsze przyhamowanie kończy się spektakularnym blokowaniem kół. Stąd też w sytuacjach awaryjnych zamiast hamować, należy się raczej skupiać na wyszukiwaniu luk i innych przestrzeni na drodze a także poza nią, gdzie możesz się zmieścić wraz z motocyklem – bo przecież już z góry wiesz, że i tak nie dasz rady się zatrzymać. Zanim wyjedziesz na jakąś krętą drogę powinieneś dowiedzieć się czegoś jeszcze, żeby na środku łuku zakrętu nie przykleić portek do siedzenia. Ten motocykl to stara szkoła z wysoko położonym środkiem ciężkości, przez co jazda na zakrętach przypomina nieco balansowanie na wysokiej drabinie malarskiej. Nie znaczy to że „nie umie w zakręty”, jednak robi to inaczej niż współczesne konstrukcje. Nie zapomnij także o wąskich oponach. Na szczęście, będąc na granicy przyczepności piszczą ostrzegawczo i lepiej tego nie lekceważ.
Wypadałoby zapewne wspomnieć coś o pozycji za sterami. Jest po prostu wspaniała. Ręce do przodu, nogi podkulone i skierowane do tyłu. Cały ciężar ciała oparty na rękach. Po jakichś 400-500 kilometrach ciągłej jazdy wiesz już dokładnie, ile kości masz w nadgarstkach. O takich atrybutach męskości jak samara piwna zapomnij. W przypadku „Diabła”, w miejscu gdzie chciałbyś ją przewozić, znajduje się zbiornik paliwa.

Co zatem sprawia, że, mimo tak fatalnej reputacji „der Teufel” jest nie tylko ciągle w moim posiadaniu ale, jakby tego było mało, ma u mnie swoje dożywocie. Jak to jest, że skoro jest tak źle to jest tak dobrze? No cóż, odpowiedź jest prosta. Jest nim najważniejszy z parametrów. Niemcy mają na niego specjalne określenie. Der Fahrspaß, które to słowo na polski można przetłumaczyć jako „przyjemność z jazdy”, chociaż w oryginale ma ono dużo szersze znaczenie. Kryje się pod nim także styl, radość, dopasowanie, charakter maszyny, słowem wszystko co tylko sprawia, że odczuwamy radość z jazdy. Parametr ten jest jak najbardziej mierzalny i wyrażamy go w centymetrach szerokości banana na twarzy podczas zwykłej przejażdżki…
Podobno jak się już zeszło raz do piekieł, to raczej nie uda się stamtąd łatwo wydostać. Z tego też powodu do pierwszego „diabła” dołączył kolejny. GPz 900R z 1985 roku. Ten szatan bardziej przypomina już Wolanda z „Mistrza i Małgorzaty”. Elegancki, szarmancki, z manierami… Ale to już inna historia, bo tak się rozpisałem, ze niech mnie diabli porwą…

„ – Niech mnie diabli porwą? Ależ to da się zrobić!”

                                                    -diabeł Woland, Mistrz i Małgorzata.

 

Udostępnij