Cold Bitch

Lata 2009-2010 to czas w którym znalazłem swoje miejse na ziemi. Byłem szczęśliwy i spełniony – pracowałem w Londynie jako kurier motocyklowy.  Zawodowo dosiadałem Hondę CBF 500 natomiast po pracy ujeżdżałem Buela XB9. Piękny czas, pełen przygód, inspiracji, ale przede wszystkim wręcz przesycony kosztowaniem mojej największej pasji… motocykli.

Mój przyjaciel, Toma – również motocyklista z wielkim zaangażowaniem pomagał mi pędzić w Londynie życie nader beztroskie i rozrywkowe. Dobry z niego kumpel, a co ważniejsze, ma serce na swoim miejscu. Pewnej niedzieli, po naprawdę hucznej hulance , przyglądałem się przez pryzmat kaca-zakapiora jak Toma dłubie przy swoim “Cebeku”. Właśnie kończył Cafe Racera postawionego na bazie Hondy CB. Nie żebym był specjalnie upierdliwy, ale jakoś wyjątkowo nie przypadł mi do gustu kształt zadupka w jego maszynie – oczywiście nie omieszkałem mu tego zakomunikować. W odpowiedzi na twórczą i braterską krytykę usłyszałem: jak zbudujesz swój motocykl to pogadamy.

Tego było już za wiele… zawzięty ze mnie stwór, więc owo wyzwanie okazało się wystarczająco silną motywacją.  Zatem do roboty!

Po krótkiej naradzie zaczęliśmy szukać motocykla odpowiedniego do moich oczekiwań. Wybór padł oczywiście na Hondę. Zdecydowanie 750ccm 900ccm. Mam sentyment do tych silników. Obejrzeliśmy całą masę przeróżnych szrotów, gdyby nie wsparcie Tomy niechybnie wpie…… bym się na niezłą minę. Mamy taką niepisaną, kumplowską umowę dotyczącą zakupu “nowych” maszyn – osoba towarzysząca ma za zadanie hamowanie srogich apetytów kupującego. Szczęśliwie metoda działa bez pudła.

Pewnego dnia Toma podrzucił link z Ebay. Jest. Na zdjęciach wygląda względnie przyzwoicie, cena też do przyjęcia… ale w ch.. daleko. Mimo wszystko próbuje, no i wygrywam aukcje. Teraz szara rzeczywistość, jak to cholerstwo dostarczyć do domu??? Po gęstych rozważaniach wykonuję telefon do kumpla – rozwozi po całym UK sofy, tapczany etc… krótka, zwięzła gadka i okazuję się, ze za dwa dni jedzie dokładnie w tamtą stronę. Bomba!

Nareszcie mam motocykl pod domem – pierwsze wrażenie: o kur…. niezły szrot!  Ale to tylko wrażenie, chwilowa zapaść trzeźwego osądu. Jest plan, są narzędzia, chęci również nie brakuje – jedziemy z tym koksem!  Rozbieram, tnę, aplikuję francy przeróżne zabiegi reanimacyjne. Czyszczenie gaźników, regulacje, wymiana świec – nic. Rozrusznik się śliga, nawet nie strzeli w gaźnik… co za Zimna Suka!

Jednak pasja gwarantuje odpowiedni power i odporność na przeróżne kaprysy przedmiotów martwych. Pracuję dalej niezrażony i pełen zapału. Toma (niby przypadkiem) podsyła mi link do Wrenchmonkees, teamu z København w Danii. Niesamowite pomysły mają chłopaki i równie niesamowicie sprawne ręce. (szczerze zachęcam do odwiedzenia ich strony www.wrenchmonkees.com). Fura zdjęć „za…pożyczonych z duńskiej stronki to doskonały kop intelektualny. Wydruki zdjęć, pomiary (wykonane linijką) istotnych odległości, przeliczenia, wreszcie konwertowanie proporcji… w końcu mój zadupek musi mieć wzorcową klasę.

Mój ulubiony I niezawodny dostawca (czyt. Ebay) błyskawicznie zaopatruje mnie w aluminiowy zbiornik, tak na marginesie, w ciul tani. Powolutku motocykl nabiera pożądanych kształtów.

Tutaj warto wspomnieć o zasadniczym problemie, z którym zmagam się przez cały czas przebudowy mojej Bitch. Brak garażu. Co tam garażu, zero jakiegokolwiek pomieszczenia pozwalającego na spokojną pracę. Dobra, przyznam się, cała przebudowa odbywa się na ulicy… tak, dokładnie. Na dodatek w samym centrum Londynu. W końcu sławetne Polak potrafi zobowiązuje… Cała sytuacja generuje mnóstwo zabawnych zdarzeń. Pewnego razu musiałem wyklepać zbiornik paliwa. Zajęty robotą napierniczam młotkiem blachę, kiedy z bramy wyłania się dwóch kolesi, serwując mi tekst: “czy mógłbyś tak nie napie…… tym młotkiem, bo my tu dzisiaj film kręcimy”.  W ogóle większość sąsiadów (ku mojemu wielkiemu zdziwieniu) reaguje bardzo pozytywnie na ten cały zamęt. Podchodzą, opowiadają o swoich przygodach i doświadczeniach związanych z motocyklami –  jest zabawnie i fajnie.

Po żmudnej dłubaninie przychodzi wreszcie czas na odpalenie maszyny. Szybki przegląd instalacji, wymiana kilku kabli i… moja Bitch ryczy jakby jej kto kierownicę urywał. Hałas jest wręcz piekielny, obawiam się, że sąsiedzi już mnie nie lubią, ale olał to.

Bitch już weszła na obroty więc czas ją ponownie rozebrać. Rama i koła jadą do malowania proszkowego. Przy okazji Toma ćwiczy swój kunszt plastyczny na moim zadupku – jest git! Nieubłaganie nadszedł czas na profesjonalne poskładanie wszystkiego w jedną logiczną i estetyczną całość. Sytuację ratuje Kuba, udostępnia ogród I szopę, abym mógł rzetelnie poświęcić się pracy. Generalnie wszystko gra, jednak wtopa zaczyna się z chwilą ustawiania gaźników. Zabawa troszeczkę się przeciągnęła i sąsiedzi Kuby złożyli skargę – oczywiście też go już nie lubią.

Motoykl poskładany, przegląd zrobiony – czas na próbę drogi. Właśnie ruszamy do Peterborough, kiedy w trasie kruszy się stwardniała guma w zaślepce i silnik wywala olej wprost na owijkę wydechu. Ciągnie się za mną na tyle pokaźny pióropusz dymu, że pada propozycja, aby przechrzcić  moją Cold Bitch na Smoking Bitch… jednak pierwotna wersja brzmi zdecydowanie lepiej. Finalnie przeprowadzam “remont” za pięć pensów – moneta wklejona na silikon pozwala bezproblemowo kontynuować trasę. Gdzieś jednak pozostaje trudny do zdefiniowania niedosyt, jakiś utajony, twórczy niepokój. Na moim ulubionym Ebay ktoś opycha Hondę CB-900 ubraną w sportowe gaźniki. Pomimo, że w moim silniku robią dobrą robotę flatslide od GSX-R, błyskawicznie decyduję się na zakup. Podmiana silników I kolejna, precyyjna regulacja dają wreszcie długo oczekiwany efekt. Wooow… uważaj jak odkręcasz, “letki tyłek” powoduje, że w moment łapie się uślizg – jak dla mnie fun.

Boski Jaco

Udostępnij