Ardeny – śladami Wojny Zimowej

Człowiekowi jednak nie można dogodzić. Upały się skończyły i przyszło gwałtowne ochłodzenie. Tak gwałtowne, że jadąc co jakiś czas szczękam zębami z zimna. A wydawało mi się, że ubrałem się odpowiednio. Nie wziąłem pod uwagę jednak, że startowałem z równin a teraz nieustannie się wspinam coraz wyżej i wyżej. Z drugiej strony to nawet ciekawe, że wycieczki w Ardeny przypadają zawsze wtedy, gdy warunki pogodowe są ku temu mało odpowiednie. Ostatnim razem jeszcze w zimie, w temperaturach ujemnych, teraz znowu jesienią. Klątwa Wojny Zimowej?

Autostrada w kierunku Liege pnie się coraz wyżej i wyżej. Tuneli nie ma wcale. Są tylko ogromne mosty nad kolejnymi przełęczami, każdy kolejny wyższy od poprzedniego. Znów robi się chłodniej.

Największym problemem są niekończące się remonty drogi. Na kolejnym objeździe opuszczam autostradę w poszukiwaniu stacji paliw. Ciekawostką jest bowiem, że autostrada w kierunku Liege pozbawiona jest zupełnie stacji benzynowych. Nie ma tu nawet jednej!

Wąska szosa początkowo prowadzi wśród lasów, które teraz przybrane zostały w barwy jesieni. Jezdnia cała pokryta jest teraz kolorowymi liśćmi, które podmuch wytwarzany przez motocykl podrywa do góry; wirują one jak żywe jeszcze chwilę po przejechaniu maszyny, po czym powoli opadają na drogę. Chwilę później droga zaczyna opadać w dół, w dolinę. Zakręty stają się coraz liczniejsze i ostrzejsze aż wreszcie zaczyna się ich nieprzerwane pasmo; wyjście z jednego jest jednocześnie początkiem kolejnego. Nie ma wśród nich ani jednego, który miałby mniej niż 90o a większość ma kąt zbliżony do 1800, co oznacza że całkowicie zmienia kierunek.

Wreszcie zjeżdżam do małej wioski. Stacja benzynowa o wdzięcznej nazwie „Ed” swoją kolorystyką i wielkością wyróżnia się wśród pozostałej zabudowy. Jednak to tylko wrażenie; sama stacja jest miniaturowa i spora wydaje się tylko w porównaniu do jeszcze mniejszych, kamiennych domków. Spokój tego miejsca jest urzekający.

Dzięki temu dość przypadkowemu w sumie zjechaniu z zaplanowanej trasy, na autostradę wjechałem już poza strefą robót drogowych.

Dobra wiadomość jest taka, że mgły się rozwiały i od czasu do czasu spoza chmur zaczyna się przezierać Słońce. W każdej promocji jest jednak pewien haczyk; promienie jesiennego słońca wcale nie grzeją.

W takich warunkach docieram do La Gleize, małej miejscowości, w której znajduje się niewielkie „Muzeum Grudnia 44”. Tym, co sprawia że nie da się go przeoczyć jest ogromny czołg „zaparkowany” na placyku przed muzeum. Panzerkampfwagen VI B Königstiger ma oczywiście swoją historię. Wchodził on w skład 6 Armii, 1 Dywizji Pancernej SS Leibstandarte Adolf Hitler „osławionego” zbrodniami wojennymi Jochena Peipera, który właśnie tu zakończył swój rajd, nie zwojowawszy niczego. Tygrys o numerze 213 wraz z dwoma innymi czołgami został oddelegowany posterunek do Farmy Werimont gdzie doszło do starcia z czołgami aliantów, w którym to Tygrysy zawiodły na całej linii. Po tej porażce Peiper rozwiązuje swoją Grupę Bojową. Żołnierze na własną rękę, na piechotę, próbują ratować się z okrążenia. W malutkiej wiosce La Gleize pozostaje całe wyposażenie, w tym 135 pojazdów bojowych. W tym momencie następuje koniec niemieckich marzeń o sukcesie tej ofensywy. Amerykanie wygrali bitwę w Bastogne, Niemcy przegrali ją w La Gleize. Po zakończeniu operacji amerykanie przystąpili do sprzątania pobojowiska. Pani Jenny Geenen-Dewez postanowiła „zakupić” rozbitego Tygrysa o numerze 213. Żołnierze dobili z nią targu i wrak pozostał na miejscu. Cena za niemal nowego ale mocno poobijanego Tygrysa Królewskiego wyniosła oszałamiające 0,5 litra koniaku.

Po wojnie Tygrys ustawiony został na placu w La Gleize. Brakujące elementy zostały uzupełnione z innych porozbijanych pojazdów Kampfgruppe Peiper.

„Muzeum Grudnia 44” jest warte odwiedzenia. Większość eksponatów stanowią przedmioty zebrane z pobojowiska pod La Gleize, część pochodzi również z nieudanej operacji „Market Garden”.

Mrok panujący w pomieszczeniach muzeum, delikatnie rozproszony tylko podświetleniem eksponatów i dioram sprawia bardzo dziwne i przejmujące wrażenie. Czuje że jestem tu tylko gościem w krainie upiorów z przeszłości. Ciężko to opisać, ale naprawdę ma się tu wrażenie milczącej obecności uczestników tamtych wydarzeń. To uczucie zresztą było chyba zamierzone przez założycieli muzeum, naocznych świadków tych zmagań. Wystawa ma za zadanie uświadomić zwiedzającym okrucieństwa wojny oraz spowodować, aby historia więcej się nie powtórzyła.

Z uczuciem ulgi opuszczam mury niewielkiego muzeum. Na dworze świeci słońce; co prawda od czasu do czasu przykryte chmurami, ale jest jasno i powoli wraca chęć do życia.

Niemcy przegrali swoją kampanię w La Gleize, Amerykanie wygrali ją pod Bastogne. W związku z tym wyruszam na południe. Tym razem postanawiam korzystać tylko z dróg lokalnych, aby nacieszyć się górami.

Trasa jest dość zróżnicowana. Czasem prowadzi bardzo malowniczymi drogami wijącymi się przyjemnie wśród lasów przybranych w jesienne barwy. Bywają też drogi gorszej jakości, na których to sztywne jak deska zawieszenie GPz nieprzyjemnie „dobija”. Zdarzyło się nawet kilka razy szybować w powietrzu, po wybiciu na nieoznakowanych poprzecznych garbach w nawierzchni. Wreszcie nawigacja postanowiła wystawić mnie na ostatnią próbę – drogę szutrową, będącą w rzeczywistości osypiskiem luźnych kamieni. Tu już niestety, trzeba było poddać się i z podkulonym ogonem objechać górę dookoła. To droga dla rasowego enduro. Pocieszam się tylko, że jadący za mną Holender na GS-ie również skapitulował i wybrał drogę asfaltową. Tak swoją drogą, rzecz ciekawa – wszystkie napotkane do tej pory motocykle (a było ich niewiele) to tylko i wyłącznie „duże” BMW GS.

Z mojego podziwiania gór wyszło niewiele, bo ostatni odcinek drogi pokonałem szosą biegnącą równolegle do autostrady, której tak bardzo chciałem uniknąć. Mogłem równie dobrze pojechać tą autostradą. Z drugiej strony, nie jest jednak źle. Na szosie ruch jest niemal zerowy, można pociskać z prędkością nie mniejszą niż po drugiej stronie płotu, uważając jednak na wyrwy w jezdni, które od czasu do czasu pojawiają się w większych skupiskach.

Wkrótce dojeżdżam do Bastogne. O ile samo miasteczko zmieniło się w niewielkim stopniu, o tyle sam plac przy Mardasson Memorial jest niemal nie do poznania.

Przede wszystkim uporządkowano parking oraz wreszcie otworzono muzeum. Znajduję nawet specjalne miejsca dla motocykli. Oczywiście, wszystkie zaparkowane tu maszyny to „duże” BMW GS. Ich kierowcy patrzą się na mnie dziwnie. Zaczynam podejrzewać, że po Ardenach, z nieznanego mi powodu, nie wypada poruszać się innym typem motocykla i przyjeżdżając tu na starym Kawasaki popełniam jakieś faux pass.

Samo muzeum jest nowoczesne, multimedialne, ciekawie pomyślane. Chociaż muszę przyznać, że inaczej je sobie wyobrażałem. Każdy odwiedzający otrzymuje przy wejściu elektronicznego przewodnika który, niestety, nie mówi po polsku.

Całość ekspozycji podzielono na trzy części. Pierwsza opowiada o tym, jak w ogóle doszło do II Wojny Światowej, pokazując drogę pewnego austriackiego kaprala z wąsikiem na szczyt władzy w ówczesnej Republice Weimarskiej. Owego kaprala nikt z ówczesnych elit nie traktował poważnie, tak w Niemczech jak i za granicą, co tylko ułatwiało mu zadanie. Aż nadszedł moment, gdy kapral dogadał się z drugim wąsatym dyktatorem ze wschodu i we wrześniu 1939 roku wybuchła wojna. Dalszy ciąg tej historii już znamy – a jeśli nie znamy, to możemy poznać ją z filmu. Film pokazuje wszystkie początkowe sukcesy Wehrmachtu oraz pierwsze porażki – najpierw w Afryce, potem w „Bitwie o Anglię”, w końcu fiasko inwazji na ZSRR i lądowanie aliantów we Włoszech. Wreszcie niespodziewanie zapala się światło i okazuje się, że jesteśmy właśnie w sali narad, w której opracowywane są szczegóły operacji „Overlord”, czyli lądowania i zajęcia przez aliantów Normandii. Dalsza część ekspozycji doprowadza nas do niemieckiej ofensywy prze Ardeny, widzianej oczyma żołnierzy oraz belgijskich cywili, mimowolnych świadków całego konfliktu.

Ostatnia część muzeum poświęcona jest losom ludności cywilnej, o której to z reguły milczą podręczniki historii. Jak zwykli ludzie przetrwali działania wojenne? Jak musieli radzić sobie po zakończeniu konfliktu? Wystawa daje dużo do myślenia.

W drodze powrotnej mijam niewielkie, schludne wioseczki ze starymi, kamiennymi domkami. Zapewne większość z nich liczy sobie pewnie po kilkaset lat, jednak napiętnowane na zawsze zostały okrutnymi wydarzeniami sprzed zaledwie nieco ponad siedemdziesięciu lat i chyba już na zawsze będą mi się kojarzyć z Wojną Zimową.

Natomiast jednym z niekwestionowanych symboli tej bitwy stały się, użyte tu po raz pierwszy na szeroką skalę, czołgi Panzerkampfwagen VI B Königstiger, największe i najcięższe wozy użyte bojowo w II Wojnie Światowej, które całkowicie zawiodły pokładane w nich nadzieje i nie odmieniły losów tej bezsensownej wojny…

Udostępnij